Pewność siebie czyli coś z czego jestem dumna

Pewność siebie to chyba najbardziej oklepana, omawiana i analizowana cecha naszego ludzkiego charakteru. Z każdej strony atakują nas teksty pt. „Pewność siebie to klucz do sukcesu!” albo „Jak zwiększyć swoją pewność siebie” albo „Tysiąc pięćset sto dziewięćset pomysłów na ćwiczenie pewności siebie” albo „My Cię nauczymy pewności siebie, tylko daj nam dużo hajsu!” (no dobra wyolbrzymiam troszku, ale you know what I mean, right?). Dlaczego więc zaczynam swoją przygodę z blogiem właśnie od takiego tematu? Bo tak.
Bo tak mi się chce, a ja staram się robić tylko to, co mi się chce (się pokazałam teraz z dobrej strony. No trudno).

Piszę ten tekst, bo chce opowiedzieć moją historię, moją drogę do pewności siebie. Nawet jeżeli nikt tego nie przeczyta, to czuję, że poczuję (kurwa – to czuję, że poczuję…) to wierzę, że poczuję ulgę. Mimo że te historie nie ciążą mi tak na duszy i sercu jak kiedyś to uwolnię się od tego już na zawsze. Podzialiłam tekst ze względu na kolejne etapy szkolnne, tak będzie jaśniej.


1.   Przedszkole

A więc (nie zaczyna się zdania od „a więc”) moja historia z pewnością siebie zaczęła się od kompletnego braku tytułowej pewności siebie. Jako dzieciak powiedzmy taki 4-5 letni chodziłam do przedszkola i każdego, jednego dnia, kiedy wchodziłam z Panią przedszkolanką do klasy siadałam w kącie albo pod ścianą, albo zwyczajnie przy stoliku chowałam głowę między rękami i tak siedziałam około godziny. Czemu? Mama się śmieje, że musiałam swoje odespać, ale ja wiem, że nie spałam, tylko po prostu nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie widział, żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi. Po tej godzinie czasami dłużej, wstawałam i dopiero zaczynałam się bawić albo po prostu reagować na innych ludzi.

2.   Podstawówka

Czasy podstawówki wspominam średnio, bardzo średnio. Miałam okazję trawić na „przemiłe” pseudoprzyjaciółki, które całkowicie wpędziły mnie w kompleksy i praktycznie codziennie udowadniały mi, że gówno jestem warta. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że kurczowo się ich trzymałam. Jak kobieta zakochana w swoim dręczycielu. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, że zmarnowałam przez nie dzieciństwo.
Trafiłam też na „cudownych” kolegów, którzy jednym gestem lub słowem byli w stanie sprawić, że następnego dnia bałam się iść do szkoły i codziennie rano mierzyłam sobie temperaturę, bo mama mówiła, że z gorączką nie pójdę do szkoły. Do takiego stopnia bałam się ich, że jak wracałam wieczorami z dodatkowych zajęć języka angielskiego (miałam może 10-11 lat) i widziałam ich osiedlu, to szłam dwa razy dłuższą drogą do domu, żeby tylko mnie nie zaczepili. Raz mnie zauważyli i zaczęli grupką 3 chłopaków iść w moją stronę. Wystraszona weszłam do pierwszej lepszej klatki schodowej i zaczęłam dzwonić do mieszkań. Po co? Prosiłam obcych ludzi (dorosłych obcych ludzi), żeby odprowadzili mnie do domu… Rozumiecie to?? Po tylu latach jak to wspominam jest mi wstyd jak cholera, ale wtedy myślałam, że jest to dla mnie jedyne wyjście. Tak bardzo bałam się kolegów z klasy i z osiedla. Jedna Pani wtedy mnie wpuściła i wypytała dokładnie co się stało, ubrała buty i zaprowadziła mnie pod blok. Nie chciałam, żeby zaprowadzała mnie pod samą klatkę, bo rodzice by zauważyli. Teraz wiem, że jako rodzic chciałabym wiedzieć, że coś takiego dzieje się w głowie mojego dziecka.


Do tego wszystkiego jestem kobietą o dość okrągłych kształtach i bardzo szybko zaczęłam dojrzewać i nabierać tych krągłości. Jako dorosła kobieta jestem zadowolona z tego, jak wyglądam (dobra nie do końca jestem zadowolona. Jestem kobietą mam prawo mieć kompleksy na punkcie każdej części swojego ciała!), ale w podstawówce to, że jako pierwsza dziewczyna w klasie zaczęłam mieć cycki było dla mnie tragedią. TRA-GE-DIĄ. Miałam bardzo fajne przezwiska. Takie „najfajniejsze” to: masarnia (bo cycki jak krowa) i cycolina itp. Ktoś może pomysleć, łeeee co to za przezwiska proszę Cię… Ale dla 10-12 latki to jest koniec świata.

3.   Gimnazjum

Kiedy więc zaczęłam czuć się pewniej nie tylko w swojej skórze, ale i w swojej głowie? Właściwie to nie do końca wiem. Chyba najpierw zaczęłam powoli akceptować swój wygląd w gimnazjum. Tak zdecydowanie, jak zmieniłam szkołę i klasę. Uwaga pseudoprzyjaciółki poszły ze mną dalej do tej samej klasy, ale mimo wszystko poczułam się pewniej, bo zaczęłam utrzymywać kontakty z innymi osobami. Więcej dziewczyn zaczęło wtedy dojrzeć i nagle się okazało, że mieć większe cycki jest jednak lepiej. Padały pierwsze komplementy (najczęściej te dotyczące wyglądu), w które oczywiście nie wierzyłam. Pierwsze miłości i dokuczający w miły sposób koledzy z klasy powoli podnosili mi pewność siebie. Zaczęłam się po prostu podobać i tyle. Aż tyle. Jednakże ogólna pewność siebie nie składa się tylko z zadowolenia swoim wyglądem.

4.   Liceum i Studia

Poszłam do liceum, moja pewność siebie była na poziomie jakieś ja wiem 38%. Nie za dużo. Występy przed większą grupą ludzi, odpowiadanie na lekcji, czy ogólne zabieranie głosy lub wypowiadanie swojej opinii wciąż było dla mnie dużym problemem. W pierwszej klasie poznałam swojego pierwszego (i ostatniego) chłopaka, z którym obecnie jestem już ponad 10 lat i teraz z perspektywy czasu uważam, że odegrał on dużo rolę w budowaniu mojej pewności siebie. W końcu miałam kogoś w swoim życiu, kto akceptował mnie w 100% zarówno za wygląd, jak i za charakter. Dzięki niemu zaczęłam trzymać się bardziej z chłopakami i to był strzał w dziesiątkę. Mężczyźni nie są wobec siebie tak krytyczni, jak kobiety. Nie oceniają się na każdym kroku, nie krytykują, nie obrażają za byle gówno. Jeżeli coś jest nie tak, po prostu dadzą sobie po ryju i sprawa załatwiona. Kończąc liceum moja pewność siebie była na poziomie 78% (a może nawet i więcej).


Teraz analizując to wszystko w głowie po raz któryś, myślę, że nawet ustne matury nie były dla mnie stresujące. Na studiach też czułam się dużo lepiej z dala od rodzinnego miasta i starych znajomych, nie miałam i nadal nie mam problemu z nawiązywaniem nowych kontaktów, wręcz przeciwnie bardzo lubię poznawać nowych ludzi. Publiczne wystąpienie – spoko na luzie. Załatwienie sprawy na poczcie czy w banku – pestka (kiedyś nie do pomyślenia). Teraz mam w dupie to, co myślą o mnie ludzie na ulicy, nie boję się, jeżeli ktoś obcy o coś mnie zapyta. Mam swoje zdanie na wiele tematów a jak nie mam zdania, to się nie wypowiadam. Teraz jestem osobą bardzo pewną się i otwartą. Optymistyczną. Jednakże musiałam się tego nauczyć, malutkimi, malutkimi kroczkami. Może gdybym od początku swojej „kariery” społecznej trafiła na innych ludzi, bez kompleksów, których celem życiowym było gnębienie i upokarzanie innych, to moja pewność siebie dużo szybciej osiągnęłabym poziom 100%, ale cóż life is brutal and full of zasadzkas.

Komentarze

Popularne posty